|
Trudne początki samotnego macierzyństwa
03/08/2010 ![]() Miało być pięknie. Miała być miłość do grobowej deski, dopóki nas śmierć nie rozłączy. Rozłączyła. Śmierć…miłości. Zwykle przez dekapitację. Ucięliśmy jej głowę mnożącymi się problemami codzienności, niedomówieniami, kłopotami, których nie potrafiliśmy wspólnie rozwiązać. I stało się. On odszedł. Albo ja go spakowałam i mniej, lub bardziej uprzejmie poprosiłam, by szedł do diabła. I zostałam sama. Nie całkiem jednak. Został przy mnie owoc tej prawdziwej, jeszcze nie skażonej bólem, żalem i smutkiem, miłości. Dziecko. Trudno powiedzieć, czy lepiej, gdy jest całkiem małe i nie rozumie jeszcze, co się stało, czy może łatwiej, gdy jest to już nastolatek z własnym, wypracowanym poglądem na świat. Nie zmienia to faktu, że zostaliśmy bez Tatusia. Jak było naprawdę? Jagoda miała trzy lata, gdy jej ojciec postanowił wyjechać do Irlandii. Podobno, żeby poprawić naszą sytuację finansową. Tak naprawdę – by uciec od problemów. To akurat nie miało już żadnego znaczenia. Odchodzenie rozpoczęło się dużo wcześniej. Mniej więcej w chwili, gdy – będąc mamą około rocznej dziewczynki – po raz pierwszy usłyszałam, że ze mną nie da się rozmawiać. Była to odpowiedź na długi monolog, podjęty z chęcią ustalenia – wspólnego – decyzji na temat…już nie pamiętam, jaki. Tak naprawdę to wtedy już byłam sama. No właśnie. Czasami nasze związki tylko z nazwy są jakąś wspólnotą. Papier, potwierdzający jego formalne istnienie, kiedyś tam podjęta we dwoje, decyzja o wspólnym zamieszkaniu, to tylko uzewnętrzniona próba ogłoszenia światu, że nie jestem sama. Prawda często wygląda całkiem inaczej. On ma swój świat, pracę, życie towarzyskie, czasem inne kobiety. Ja żyję od zakupów do sprzątania, od gotowania do odebrania dziecka z przedszkola. Uciekam w świat literatury, filmu, pasji, na które z trudem znajduję chwilę w natłoku codziennych spraw. On nie bardzo chce rozmawiać o tym, że źle się dzieje, mogę się zwierzyć jedynie przyjaciółkom. One z kolei – poza wsparciem i wspólnym odsądzeniem go od czci i wiary – nie mogą zrobić nic. To ja muszę podjąć decyzję. Cięciwa napina się coraz bardziej, w końcu pęka. I najdziwniejsze jest to, że gdy się rozstajemy, rzadko czujemy autentyczną ulgę od razu. Często bywa tak, że potrzebujemy jeszcze długiego czasu na to, by pogodzić się z wizją quasi - samotności. No właśnie. Czy to na pewno samotność? Zostałam sama, bez wsparcia męskiego ramienia, które miało przytulać, gdy źle. Dopiero w tym momencie łapię się na tym, ze tak naprawdę, nawet, gdy podobno był ze mną, mimo wszystko byłam sama. Czyli właściwie nie zmieniło się nic poza tym, że od teraz już nie muszę bać się, że znowu wróci z pracy w złym nastroju, że będą jakieś ciche dni, że może nawet uderzy, gdy pojawi się pretekst. Teraz decyduję o wszystkim sama. Oczywiście przede mną jeszcze cała uciążliwa procedura uzyskania rozwodu i alimentów, gdy mowa o małżeństwie, lub tylko alimentów, jeśli uznał nasze dziecko. Ale…o tym będę myśleć, gdy złożę w sądzie pozew. Tymczasem muszę sama – SAMA – ustanowić i ułożyć zasady życia w pojedynkę. I tu pojawia się najważniejszy punkt programu. Tak naprawdę nigdy nie jestem sama i nie mówię tu o stałej obecności dziecka przy moim boku. Żyję wśród ludzi. Mam przyjaciół, znajomych, rodzinę, którzy obserwowali z boku wszystko to, co działo się dotąd w moim – naszym – życiu. Ci otaczający mnie ludzie czasem dużo wyraźniej widzieli mój ból, rozdarcie, bezradność, w obliczu niemożności rozwiązania narastającego konfliktu między mną i partnerem. Oni często mniej lub bardziej wprost komunikowali, że ten związek jest jednym wielkim udawaniem. Warto posłuchać tego, co mówią, jak oceniają, co widzą. Warto przyjąć oferowaną pomoc i wsparcie. Ci, którzy pojawiają się, gdy zostaję sama, najczęściej mają naprawdę dobre intencje. Kiedy zostałam z Jagodą, wokół mnie pojawił się wianuszek ludzi, którym bardzo na mnie zależało. Pomogli. I to bardzo. Gdy musiałam załatwić jakieś ważne sprawy, a pogoda była kiepska, wystarczył telefon i mogłam liczyć na którąś z dziewczyn. Zostawały z małą. Czasami zabierały ją nawet na weekendy, żebym miała trochę czasu dla siebie. Bo ten czas jest bardzo potrzebny. Trzeba mieć czasem chwilę, parę godzin, cały dzień na to, żeby spokojnie pomyśleć, poczytać, „ponicnierobić” tylko w swoim towarzystwie. Albo wyjść wieczorem do klubu. Samotne macierzyństwo nie jest wyrokiem oznaczającym skazanie na odosobnienie. Wręcz nie wolno tego robić. Dlaczego? Ano dlatego, że dziecko wtedy będzie szczęśliwe, gdy obok siebie będzie miało szczęśliwą mamę. Nie masz przyjaciółek, koleżanek, rodziny, które raz na jakiś czas odciążyłaby Cię w opiece nad małoletnim? Poproś sąsiadkę. Jestem pewna, że nawet nie będziesz musiała jej za to zapłacić – wystarczy, że przy okazji pieczenia ciasta na niedzielę, zaniesiesz jej kawałek – w podziękowaniu. Wbrew pozorom dookoła nas jest wielu ludzi, którzy lubią i chcą pomagać. Wystarczy tylko przestać się wstydzić i otwarcie powiedzieć „proszę”. Najgorsze są poranki, gdy malucha trzeba dowieźć do przedszkola/szkoły i samej zdążyć do pracy. Zawsze miałam dylemat, gdy musiałam budzić tego małego człowieczka tak wcześnie. Znalazłam metodę. Umówiłam się z koleżanką, której córeczka chodziła do tego samego przedszkola, mieszkały blisko nas i jeździły samochodem. Zabierały Jagodę po drodze, z przystanku, na którym czekałam na autobus do pracy. Ona zyskiwała 40 min snu, ja – oszczędzałam stres, że mogę się spóźnić do pracy. Zakupy robimy na ogół w piątek, wracając do domu. Moja mała pomocnica ma plecak na kółkach, w który pakuje mnóstwo zakupionych towarów i jest bardzo zadowolona, że może mi pomóc. Ja dzięki temu kupuję wszystko, co będzie nam potrzebne w ciągu tygodnia. Jaki jest morał z historii o początkach samotnego macierzyństwa? Ze wszystkim poradzisz sobie sama, ewentualnie z niewielką pomocą przyjaciół, czy znajomych. Zasada jest jedna – cały czas pamiętaj o tym, ze tak naprawdę samodzielna byłaś zawsze. On - być może – odciążył Cię w trakcie trwania związku w wielu kwestiach. Ale to jeszcze nie oznacza, że nie będziesz w stanie poradzić sobie bez niego. Dowód? Przypomnij sobie, jak często zdarzało się, że sama radziłaś sobie z zakupami, sprzątaniem, gotowaniem, odebraniem dziecka, pracą, zamówieniem hydraulika, itd., niepotrzebne skreślić, gdy dla niego problemem było kupienie na kolację kotletów. Potrafił dzwonić do Ciebie trzy razy, zanim przystąpił do zakupów, czwarty raz już w trakcie dokonywania wyboru, a potem jeszcze zrobić awanturę w domu o to, że w ogóle kazałaś mu robić takie dziwne, nieprzystające do jego męskości rzeczy, przez co on się tak sfrustrował, że z tego wszystkiego kupił wędzoną makrelę… Faceci to duże dzieci – to truizm i bardzo wygodna wymówka. Ale dużo łatwiej poradzić sobie w życiu, będąc samotną matką człowieczka, który jest sporą cząstką Ciebie, niż ciągnąć za wszelką cenę związek z kimś, kto wcale nie ma ochoty na partnerstwo, raczej sam oczekuje opieki i obsługi. Nasze dzieci lepiej funkcjonują w aurze ustalonych zasad, porządku i spokoju, nie zaś ciągłej nerwowości, niepewności i braku poczucia bezpieczeństwa. Autor: Ewa Skrzydlewska
|
||
Polecamy także: | ||
Ostatnio dodaneSztuka wyborów Ania i Kamil boją się szkoły Alergie u dzieci - konieczność czy uciążliwa przypadłość? Do You speak English? Dziecko w sieci… Kilka słów o dysleksji |
NajpopularniejszeNowy schemat żywienia niemowląt Poskromienie złośnika… Rozwiązanie konkursu „Z pamiętnika Matki” Siadamy na nocniczek Jak wybrać imię dla dziecka? Czego nie wolno jeść w ciąży |
Co, gdzie, kiedy?Targi Moje Dziecko 2010 Bezpłatne Konsultacje psychologiczne dla Rodziców małych dzieci Światowy Tydzień Karmienia Piersią Ruszają występy Brave Kids "KM" wytypowane do rankingu Miejsc Przyjaznych Przyszłej Mamie WAKACJE Z BOHATERAMI „FINEASZ I FERB” |
|
| ||
| << Powrót do spisu | ||




