Sztuka wyborów

09/06/2010


dziecko

Spośród zabawek walających się po ulubionej macie dziecka, Maja z niemałym trudem sięga po niebieską żyrafkę. Bawi się nią chwilę skutecznie zaśliniając każdy jej kawałek, odkłada – prawdopodobnie do wyschnięcia – i sięga po kolejną i to wcale nie tą leżącą najbliżej. Czasu mało a do zaślinienia zostało tak wiele..., zaraz, zaraz czy tylko do zaślinienia?


Od niedawna śledzę poczynania dziecka w kwestii kształtującego się gustu. Zastanawia mnie czy to nie czas na pozwolenie Mai na decydowanie o sobie? Kupując zabawkę, ubranko czy jedzenie, może warto byłoby najpierw „zapytać” malucha o zdanie? Czy ósmy miesiąc to za wcześnie na takie decyzje a może za późno? Kiedy właściwie jest ten moment?


Nowy powód do zastanowienia


Otwierając buzię, Maja zaczyna przypominać klasyczny otwieracz do butelek. Dwa małe zęby, które były powodem notorycznego niewyspania u obojga rodziców, coraz odważniej pokazują się przy każdym uśmiechu dziecka.


Nowy nabytek, nowe możliwości i wyzwania. Można powiedzieć szaleństwo doznań. Oto dochodzi nowa cecha otaczającego nas świata, a mianowicie czepliwość. Jedna zabawka pozwala się swobodnie maltretować podczas gdy druga stawia się, szczególnie przy próbie wyciągnięcia jej spomiędzy zaciśniętych szczęk. Jakby się czegoś czepiła czy coś... Zmiana zauważona też i przeze mnie. Plastikowa łyżeczka już tak spokojnie nie wychodzi z ust malucha, a karmienie przypomina momentami heblowanie. Dodatkowa cecha zmienia wiele. Skoro tak to proszę bardzo, zapytam.


Morelowa czy truskawkowa?


Powyższe odkrycie skłoniło mnie do zapytania Mai na co ma ochotę. Stoję przed małą trzymając w rękach dwa opakowania kaszek, taki mały eksperyment. Po niecałej minucie uważnego przyglądania się kolorowemu czemuś i kolorowemu czemuś, Maja sięga po morele. Opakowanie w tonacji pomarańczy z mocną nutą żółci podane na błękitnym podkładzie i okraszone kolorowymi szlaczkami napisów. Ok, robimy morelową.


Można by powiedzieć, opakowanie przyciągnęło uwagę i tyle. Punkt dla grafika za projekt. Jednak przy drugiej próbie Maja sięga po kaszkę truskawkową, opakowanie z dominującym czerwonym motywem, reszta tak jak wyżej. I co Wy na to? Ktoś powie pewnie, że przypadek... a jeśli ten przypadek powtarza się zbyt często jak na przypadki?


Nagle, z impetem rozpędzonego autobusu potrąciła mnie myśl, wizja taka niebezpieczna. Jeśli nie pytając dziecka o zdanie świadomie je w ten sposób upośledzam? Stanął mi przed oczami dobrze znany obrazek:

Jasiu zjesz homara?

Nie lubię homarów.

Jak możesz powiedzieć, że nie lubisz homarów skoro jeszcze ich nie jadłeś?


Niby nic ale nagle zaczęło to mieć dla mnie drugie dno. Dziecko nie musi tak odpowiedzieć tylko dlatego, że faktycznie nie jadło i nie widziało nigdy homara ale może tak odpowiedzieć dlatego, że serwowane mu wcześniej potrawy w większości nie trafiały w jego obszary smakowe. Co za tym idzie nie jest powiedziane, że proponowana nowość będzie stanowiła wyjątek od tej reguły. Przyzwyczajenie może być na tyle silne, że każda nowa propozycja kojarzyć się będzie negatywnie. W końcu do jakiegoś wieku podajemy dziecku to co: jest teoretycznie jemu potrzebne do zdrowego rozwoju, zdrowe czy zatwierdzone przez masę instytucji mieniących się rzecznikami zdrowia naszego dziecka. Zdrowia może i tak ale czy smaku? W pewnym momencie dziecku jednak robi różnicę czy rozmoczoną ścierę dostanie w płynie czy w papce, na pewno robi różnicę czy zje ową ścierę czy coś bliższe smakowo jego własnemu gustowi.


Grunt to komunikacja


No tak ale jak zapytać malucha o jego preferencje smakowe? Przecież nie stanę przed dzieckiem trzymając w rekach zawartość jego własnej spiżarni, są przecież jakieś granice obłędu. I tu z pomocą nadjeżdża kolejny auuuu....tobus: „rusz głową człowiecze marny, przecież przez jesteś grafikiem w końcu”. Postanowione. Z opakowań po Majowym jedzeniu powycinam obrazki i umieszczę je w kuchni, przygotowując coś w rodzaju karty menu wyposażonej w etykiety serwowanych „dań”.


Może ktoś powie, że kompletnie mi odbiło ale jeśli nawet poprzednie zachowania Mai były kompletnym przypadkiem lub zbiegiem okoliczności to czemu tak ostatnio promowane migusie (język migowy dla niemowląt) jako dolną granicę wiekową przyjmują sporo poniżej ósmego miesiąca życia? Przecież to też znaki, tylko podawane inaczej i zdecydowanie w mniejszej ilości.


Uważam, że przedstawiony przeze mnie pomysł zyska choćby garstkę zwolenników co pozwoli na potwierdzenie słuszności tezy o wczesnym wyrabianiu gustów kulinarnych. Można w ten sposób pójść o krok dalej i opierać się na zdaniu malucha co do ulubionego ubrania czy porady przy zakupie nowego ciucha lub zabawki.


Dokonując jakiegoś wyboru, dziecko może zyskać w nas rodzaj wsparcia już od możliwie wczesnego wieku, polegającego nie na narzuceniu ale na skorygowaniu jakiegoś wyboru. Śmiało zaryzykuję twierdzenie, że może to zaowocować na przyszłość zdrowymi relacjami dziecko rodzic, w których rodzic zyskać może większe zaufanie ze strony własnego dziecka, przez proporcja miedzy – poznajemy problem – a – usuwamy skutki – zwiększa się ze zdecydowaną korzyścią dla tego pierwszego.


Pozostawiając Was z tą śmiałą tezą lecę wyklejać pierwsze w życiu Mai, prawdziwe menu.


Autor: Pan Mama panmama.pl


dodajdo

Polecamy także:

<< Powrót do spisu